Trzy lata powinny wystarczyć do spojrzenia chłodnym okiem na najszybciej sprzedający się debiut w historii brytyjskiej muzyki. Biorąc pod uwagę częstotliwość, z jaką prasa wynajduje kolejne objawienia i nadzieje na odrodzenie wyspiarskiego rocka, taka karencja powinna być wręcz obowiązkowa. Arctic Monkeys wreszcie zobaczymy w Polsce na tegorocznym Open’erze, w międzyczasie spodziewamy się trzeciego już oficjalnego krążka. Czy ich pierwszą płytę Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not postawimy na półce obok rockowych pomników, czy trzeba będzie ją wygrzebywać ze stert podobnych produktów brytyjskiej sceny indie?
Sztuka w czasach popkultury

Arctic Monkeys to niezwykle budujący przykład tego, jak powinno wyglądać robienie kariery w nowym stuleciu. Bez utopionych w marketingu milionów, grając dobre koncerty, rozdając za darmo płyty demo i zachęcając do dzielenia się nimi w internecie, osiągnęli popularność trudną do przełknięcia dla zakonserwowanego w przestarzałych metodach działania przemysłu muzycznego. Ten romantyczny okres w zarządzaniu swoim biznesem grupa ma już za sobą, choć stara się o tym przypominać w okazjonalnych skandalach i skandalikach, ciętych wypowiedziach pod adresem muzycznych decydentów, ostentacyjnie ascetycznej oprawie koncertów. Ile w tym rzeczywistego przekonania, a ile już kalkulacji i świadomego kreowania wizerunku, trudno powiedzieć. Tym bardziej zostańmy przy ważniejszych kwestiach – przy muzyce.
Co rock ma coś jeszcze do powiedzenia?
Wielu formułuje takie wątpliwości, przesłuchując kolejne płyty wykonawców stawianych z Arctic Monkeys w jednym rzędzie. Świetne albumy twórców takich jak Franz Ferdinand, Queens of the Stone Age, The Libertines i innych często łączy świadome porzucenie prób zawarcia jakiegokolwiek przekazu, czymkolwiek on by nie był, na rzecz nieskrępowanej, rock’and’rollowej zabawy. Zwykle zresztą bez szczególnej szkody dla wartości muzyki – czy od The Beatles ktoś oczekiwał głoszenia prawd o życiu?
Na tym tle Arctic Monkeys wyróżniają się jednak szczególnie. Ich debiut to rasowy concept album, płyta z wyraźnym motywem przewodnim. Nie jest to, na szczęście, żadna poezja czy filozofia - taka twórczość, jeśli nie jesteś przypadkiem Bobem Dylanem, kończy się zwykle eksplozją bełkotliwej pretensjonalności.
Zamiast tego opisują to, co w ich tekstach brzmi wiarygodnie – nieciekawe życie współczesnego młodego Brytyjczyka, w którym obowiązkowym refrenem jest weekendowy clubbing, alkoholowy ciąg i banalne międzypłciowe interakcje przy monotonnej muzyce. Nie epatują, wbrew pozorom, patologią, jak wielu twórców z zacięciem „społecznym”, lecz czymś znacznie bardziej przerażającym – powtarzalnością, banałem, bezsensem. Codziennością. Dziwne aż, że publiczność na ich teksty reaguje tak żywiołowo – powinna raczej zawstydzić się cynicznym spojrzeniem artystów na ich samych. Arctic Monkeys śpiewają o tych, dla których grają.
Czy to na pewno rock?

Alex Turner - frontman
Ciekawe, że zarówno tematyka, jak i konstrukcja utworów przywodzą na myśl wrażliwość typową raczej dla twórców hiphopowych – długie, choć zgrabnie wkomponowane w rytmikę całości zdania, slangowy język, uciekanie od metaforyki i innych lirycznych środków wyrazu na rzecz reporterskiego opisu. Na szczęście oprawa muzyczna jest zupełnie innego gatunku.
Wszystkie kawałki pulsują rockową energią. Choć nie eksploatują wytartych schematów zwrotka-refren-solówka, wykorzystują maksymalnie możliwości klasycznego instrumentarium. Często zespoły odwołujące się do punkowego dziedzictwa popadają w nadmierny prymitywizm formy – Arctic Monkeys nie popełniają tego błędu, budując prostymi technicznie środkami porywającą muzykę. Do tego nie potrzeba technicznej wirtuozerii ani wyszukanych technik nagraniowych, ale niezbędna jest muzyczna wyobraźnia, której na szczęście twórcom nie zabrakło.
Szturm Parnasu?
Nie wiem, jak kariera Arctic Monkeys potoczy się dalej, ale ten album w historii muzyki nie zginie. Za kilkadziesiąt lat, opisując trendy w muzyce początku stulecia, będziemy stawiać go w jednym rzędzie z innymi arcydziełami swoich czasów. Takimi, które z klocków dostarczonych przez wymagania swojego gatunku zbudowały znacznie więcej, niż wskazywałaby suma i jakość użytych składników. Czy pojawią się tam również inne dokonania Arctic Monkeys, czas pokaże. Z recenzją ich kolejnej płyty, zgodnie z postawionym we wstępie założeniem, wstrzymam się jeszcze .
Opublikował/a Grzesiek
podobać!






