Być może rewelacja to zbyt mocne słowo, ale…

15 Maj 2009

Trzy lata powinny wystarczyć do spojrzenia chłodnym okiem na najszybciej sprzedający się debiut w historii brytyjskiej muzyki.  Biorąc pod uwagę częstotliwość, z jaką prasa wynajduje kolejne objawienia i nadzieje na odrodzenie wyspiarskiego rocka, taka karencja powinna  być wręcz obowiązkowa. Arctic Monkeys wreszcie zobaczymy w Polsce na tegorocznym Open’erze, w międzyczasie spodziewamy się trzeciego już oficjalnego krążka. Czy ich pierwszą płytę Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not postawimy na półce obok  rockowych pomników, czy trzeba będzie ją wygrzebywać ze stert podobnych produktów brytyjskiej sceny indie?

Sztuka w czasach popkultury

Okładka płyty

Arctic Monkeys to niezwykle budujący przykład tego, jak powinno wyglądać  robienie kariery w nowym stuleciu. Bez utopionych w marketingu milionów, grając dobre koncerty, rozdając za darmo płyty demo i zachęcając do dzielenia się nimi w internecie, osiągnęli popularność trudną do przełknięcia dla zakonserwowanego w przestarzałych metodach działania przemysłu muzycznego. Ten romantyczny okres w zarządzaniu swoim biznesem grupa ma już za sobą, choć stara się o tym przypominać w okazjonalnych skandalach i skandalikach, ciętych wypowiedziach pod adresem muzycznych decydentów, ostentacyjnie ascetycznej oprawie koncertów. Ile w tym rzeczywistego przekonania, a ile już kalkulacji i świadomego kreowania wizerunku, trudno powiedzieć. Tym bardziej zostańmy przy ważniejszych kwestiach – przy muzyce.

Co rock ma coś jeszcze do powiedzenia?

Wielu formułuje takie wątpliwości, przesłuchując kolejne płyty wykonawców stawianych z Arctic Monkeys w jednym rzędzie. Świetne albumy twórców takich jak Franz Ferdinand, Queens of the Stone Age, The Libertines i innych często łączy świadome porzucenie prób zawarcia jakiegokolwiek przekazu, czymkolwiek on by nie był, na rzecz nieskrępowanej, rock’and’rollowej zabawy. Zwykle zresztą bez szczególnej szkody dla wartości muzyki – czy od The Beatles ktoś oczekiwał głoszenia prawd o życiu?

Na tym tle Arctic Monkeys wyróżniają się jednak szczególnie. Ich debiut to rasowy concept album, płyta z wyraźnym motywem przewodnim. Nie jest to, na szczęście, żadna poezja czy filozofia -  taka twórczość, jeśli nie jesteś przypadkiem Bobem Dylanem, kończy się zwykle eksplozją bełkotliwej pretensjonalności.

Zamiast tego opisują to, co w ich tekstach brzmi wiarygodnie – nieciekawe życie współczesnego młodego Brytyjczyka, w którym obowiązkowym refrenem jest weekendowy clubbing, alkoholowy ciąg i banalne międzypłciowe interakcje przy monotonnej muzyce. Nie epatują, wbrew pozorom, patologią, jak wielu twórców z zacięciem „społecznym”, lecz czymś znacznie bardziej przerażającym – powtarzalnością, banałem, bezsensem. Codziennością. Dziwne aż, że publiczność na ich teksty reaguje tak żywiołowo – powinna raczej zawstydzić się cynicznym spojrzeniem artystów na ich samych. Arctic Monkeys śpiewają o tych, dla których grają.

Czy  to na pewno rock?

Alex Turner - frontman

Alex Turner - frontman

Ciekawe, że zarówno tematyka, jak i konstrukcja utworów przywodzą na myśl wrażliwość typową raczej dla twórców hiphopowych – długie, choć zgrabnie wkomponowane w rytmikę całości zdania, slangowy język, uciekanie od metaforyki i innych lirycznych środków wyrazu na rzecz reporterskiego opisu.  Na szczęście  oprawa muzyczna jest zupełnie innego gatunku.

Wszystkie kawałki pulsują rockową energią. Choć nie eksploatują wytartych schematów zwrotka-refren-solówka, wykorzystują maksymalnie możliwości klasycznego instrumentarium. Często zespoły odwołujące się do punkowego dziedzictwa popadają w nadmierny prymitywizm formy – Arctic Monkeys nie popełniają tego błędu, budując prostymi technicznie środkami porywającą muzykę. Do tego nie potrzeba technicznej wirtuozerii ani wyszukanych technik nagraniowych, ale niezbędna jest muzyczna wyobraźnia,  której na szczęście twórcom nie zabrakło.

Szturm Parnasu?

Nie wiem, jak kariera Arctic Monkeys potoczy się dalej, ale ten album w historii muzyki nie zginie. Za kilkadziesiąt lat, opisując trendy w muzyce początku stulecia, będziemy stawiać go w jednym rzędzie z innymi arcydziełami swoich czasów. Takimi, które z klocków dostarczonych przez wymagania swojego gatunku zbudowały znacznie więcej, niż wskazywałaby suma i jakość użytych składników.  Czy pojawią się tam również inne dokonania Arctic Monkeys, czas pokaże. Z recenzją ich kolejnej płyty, zgodnie z postawionym we wstępie założeniem, wstrzymam się jeszcze .


Whoaaa! Masterful Mystery Tour!

10 Maj 2009

Swego czasu wspominałem o zadziwiająco sprawnym muzycznie, choć raczej niepoważnym w założeniach zespole Beatallica, wówczas świeżo po udostępnieniu w sieci dwóch świetnych „albumów” demo. Dziś zespół wydał oficjalną płytę, nagrywa materiał na kolejną i z powodzeniem koncertuje – niedawno po raz drugi w Polsce.  Popowe klasyki zagrane z rockową energią i głosem bardziej podobnym do Jamesa Hetfielda, niż posiada James Hetfield we własnej osobie brzmią coraz lepiej, ale czy pomysł wydający się w sam raz na skecz kabaretowy może pociągnąć karierę całego zespołu?

A garage dayz nite!

Przepis wydaje się banalnie prosty: znane powszechnie owoce melodycznego geniuszu The Beatles, zagrane tak, że trudno uwierzyć, że to nie autentyczny skład Metalliki tak się zabawia po godzinach, i teksty będące mniej lub bardziej absurdalną mieszanką twórczości jednych i drugich („Everybody’s got a ticket to ride, except for me and my lighting…”). Z czego z kolei wynika, że jeśli oba zespoły znacie raczej ze słyszenia niż słuchania, to na Beatallikę zareagujecie obojętnie, a w tej chwili powinniście nadrabiać zaległości ze znajomości klasyki.

U bardziej zorientowanych w osiągnięciach swoich słynnych poprzedników Beatallica wywołuje przy pierwszym kontakcie napady histerycznej radości, a przez następne kilka dni banana na twarzy i natrętne nucenie pod nosem. Tyle można sobie zafundować zupełnie za darmo, ściągając darmowe EP „Beatallica” i „A Garage Dayz Nite”. I wystarczy?

The thing that should not let it be?

Skecz kabaretowy można obejrzeć raz. Naprawdę dobry śmieszy jeszcze kilkakrotnie. Beatallica jest dobra. Będzie więc cieszyć w odtwarzaczu po raz drugi, piąty i dziesiąty pewnie również. A kiedy przestanie być śmieszna, pozostanie jako niezwykle sprawna rockowa aranżacja doskonałych melodii – te piosenki kompetentnie zagrane nie mają prawa się nie "Lennon" z zespołu na koncercie w Warszawiepodobać!

Na żywo jest jeszcze lepiej. Miałem przyjemność obejrzeć ich niedawny koncert w warszawskiej Progresji. Świetny kontakt z publicznością, prześmiewcze beatlesowskie stroje w zestawieniu z absurdalną dekoracją ze styropianowych krzyży a’la Master of Puppets (w końcu to Masterful Mystery Tour…), brzmienie bez zarzutu. I choć publiczność, niestety, nie dopisała, co można zrzucić częściowo na karb dość drogich biletów, niefortunnego terminu w środku poświątecznego tygodnia  i żałoby narodowej, to ci, którzy się zjawili, wyraźnie bawili się doskonale.

Ale dwa razy się zastanowię, czy polecić kupno płyty. Bo wyszła w momencie, gdy materiał dostępny za darmo w sieci zdążył się już osłuchać. Nowe kawałki cieszą, ale trudno nie zauważyć, że przepis na miks dwóch odległych muzycznych światów jest wciąż ten sam. Co gorsza, aranżacje na materiale demo brzmiały moim zdaniem lepiej, choć jakość nagrania i produkcji poprawiła się oczywiście. Ale co to za „Hey dude” bez dźwięku otwieranej puszki we wstępie…

The rivers run red with blood of poseurs…

I tak powraca pytanie ze wstępu. Czy jeden, choćby genialny pomysł może zbudować karierę całego zespołu? Beatallica broni się najpierw absurdalnym humorem, później wybornym wykonaniem ponadczasowej muzyki, którą trudno zepsuć nawet grając ją po pijaku na weselnym syntezatorze. Mam jednak świadomość, że patrzę na nią z perspektywy fana The Beatles i Metalliki zarazem.

Tak więc, bez zastanowienia ściągnijcie demo – to nic nie kosztuje. Szczerze polecam też zobaczenie chłopaków na żywo, jeśli zawitają do Polski po raz kolejny. Krążek „Sgt. Hetfield’s Motorbreath Pub Band” oraz epkę „All you need is blood” rekomenduję już ostrożniej, tylko jeśli demo spodobało się wam tak samo, jak mi.  A prawdziwym testem dla grupy będzie zapowiadana na po wakacjach kolejna płyta. Ja kupię ją z pewnością, ale nie wiem, czy rozwieje, czy potwierdzi moje wątpliwości co do nośności założenia, na którym Beatallica się opiera?

Reprise!

A na koniec: czy jeśli cieszy was sama idea metalowej aranżacji dobrego popu, to czy tylko z Beatalliką warto się zapoznać? Sam pomysł jest w końcu na tyle banalny, że w oczywisty sposób nie oni pierwsi na niego wpadli. Poszukajcie chociażby płyty „A metal tribute to ABBA”, na której można usłyszeć np. Therion grający „Thank you for the music”. Już w czasach największej popularności The Beatles niezłe jaja robił z nich genialny Frank Zappa. Powermetalowy Blind Guardian nagrywa rewelacyjne covery legendarnych Beach Boys, z absurdalnie trashowo brzmiącym „Surfin’ USA” na czele. Z pewnością takich perełek można znaleźć więcej.

Prawna łyżka dziegciu

Oczywiście, można się było spodziewać, że sukces Beatalliki ściągnie na nich gniew właścicieli praw autorskich do oryginalnych wersji utworów, z których posklejali swój repertuar. Na szczęście w tym wypadku muzycy z Metalliki wykazali się rozsądkiem i nie tylko zapowiedzieli, że nie zamierzają utrudniać życia swoim naśladowcom, ale nawet zaproponowali pomoc swoich prawników w ewentualnym sporze z właścicielami praw autorskich do utworów The Beatles, dzięki czemu udało się wydanie oficjalnej płyty.

Tym niemniej, jest moim zdaniem skandaliczne, że w ogóle ktokolwiek musiał się na cokolwiek zgadzać. Twórczość Beatalliki w oczywisty sposób wykorzystuje prawo do tworzenia pastiszu i parodii, od dawna uznane w cywilizowanym prawie autorskim. Niestety, jak widać taka interpretacja w muzyce nie obowiązuje, dzięki czemu niejedno genialne dzieło, jak np. cthulthystyczny musical „Shoggoth na dachu” nie trafi legalnie do szerokiej publiczności. Walcząc z piractwem nie wylewajmy dziecka z kąpielą!


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.