Tak, jak nie da się nie używać słów mających źródło w łacinie, tak do dzisiaj chcąc cokolwiek powiedzieć środkami artystycznymi rozumianymi jako szeroko pojęta muzyka rockowa nie da się nie czerpać z dorobku The Beatles. Zbyt wiele w muzyce zaczęło się za ich sprawą, aby ten blog miał prawo do nich nie nawiązać w dniu swoich narodzin.
Często, kiedy zabieram się do jakiegoś pracochłonnego zajęcia, zdarza mi się porzucić je przed ukończeniem. Winię za to swój słaby charakter, zwykle jednak w konkretnym przypadku tłumaczę to sobie niemożliwą do przezwyciężenia trudnością, bez której ani rusz dalej. Oczywiście, taki problem trzeźwo oceniony okazuje się być albo błahy, albo też możliwy do rozwiązania później, w żadnym razie nie blokujący możliwości dalszej pracy. Za to stanowi doskonałe usprawiedliwienie dla lenistwa. W tym konkretnym przypadku, przy zadaniu “zacznę prowadzić muzycznego bloga”, przez długi czas problemem-wymówką było “ale wciąż nie wybrałem, o czym napisać pierwszą notkę”… Niestety dla mojej leniwej natury, po przesłuchaniu Love, płyty reklamowanej nieco na wyrost jako nowy album The Beatles, problem rozwiązał się sam.
Po pierwsze, rzadko się zdarza, żebym po przesłuchaniu płyty odczuł natychmiastową potrzebę wynurzeń na jej temat. To jest, notabene, duża cegła na szalkę z zaletami, ważonymi przy końcowej ocenie – niestety spora część przesłuchiwanej przeze mnie muzyki wywołuje co najwyżej niemrawe zaciekawienie, głównie zaś obojętność. Ostatni zaś dodatek do dyskografii The Beatles z pewnością obojętnym nie pozostawia.
Po drugie, Love jest nowa – w mocno umownym sensie – i na czasie, a moje muzyczne zainteresowania zbyt często sprowadzają się do grzebania w dźwiękowym lamusie. Z którego postaram się jeszcze niejedną perełkę wygrzebać i przypomnieć. Ale to w przyszłości.
Tymczasem, po trzecie i ostatnie: tak, jak nie da się mówić w jakimkolwiek europejskim języku i nie używać słów mających źródło w łacinie, tak do dzisiaj chcąc cokolwiek powiedzieć środkami artystycznymi rozumianymi jako szeroko pojęta muzyka rockowa nie da się nie czerpać z dorobku The Beatles. Pomimo iż wielu twórców nie podejrzewałbym o wiedzę o ich istnieniu, o znajomości dorobku nie wspominając. Zbyt wiele w muzyce zaczęło się za ich sprawą, aby ten blog miał prawo do nich nie nawiązać w dniu swoich narodzin. Tak więc, z pewną taką nieśmiałością, zamieszczam pierwszą z blogowych notek na tematy około-muzyczne – recenzję płyty…
The Beatles, Love

Na początek pytanie: po co ten krążek? Potrzebna była ścieżka dźwiękowa do cyrkowego show na temat słynnego zespołu. Wykorzystanie zaś powstałego już z tej okazji materiału na wydanie płyty to biznesowa oczywistość. W końcu odcinanie kuponów od muzyki Beatlesów to znany od lat sposób na wspomożenie budżetu w trudnych czasach, a liczba tego typu wydawnictw dawno przekroczyła już ilość oryginalnych albumów.
Przyznam, że powyższe kulisy powstania płyty nastroiły mnie pesymistycznie do wyników takiej operacji. Muzyczne tło do efekciarskiej rewii trudno przecież podejrzewać o artystyczne ambicje. Na szczęście menedżerowie Cirque du Soleil z Las Vegas mieli naprawdę dużo pieniędzy do wydania. Do nowoczesnego zmiksowania leciwej już muzyki zatrudniono więc fachowca, w dodatku z dobrym nazwiskiem – Giles Martin to syn słynnego “piątego beatlesa”, jego ojciec zresztą też brał udział w przedsięwzięciu, co pozwoliło na cały szereg chwytliwych marketingowo skojarzeń. Efektem na szczęście jest muzyka, która z różnym skutkiem, lecz broni się sama.
Reagującym alergicznie na słowo remiks spieszę nadmienić, że na szczęście w żadnym z przypadków nie potraktowano muzyki rujnującym schematem “na starą piosenkę nakładamy elektroniczną perkusję i zapętlamy refren”. Bardziej odpowiednie niż remiks byłoby obce słówko mash-up. Co więc konkretnie zrobiono Beatlesom?
Na przykład, w “otwieraczu” płyty wycięto wszystko oprócz wokalu, z rewelacyjnym skutkiem zamieniając nie najwyższych przecież lotów, smęcącą piosenkę w nastrojowy utwór a capella. Dla odmiany, następne kawałki łączy hasło “patrzcie, ile różnych sampli zmieszczę na raz”. Od nadmiaru dźwięków miejscami boli głowa, a z posklejanego utworu wychodzą na wierzch szwy . Częściej jednak zmielone piosenki nadspodziewanie mocno trzymają się kupy, niemal jakby powstały w takiej formie jako przemyślana całość. W niektórych utworach, jak w Drive my Car / the Word /What you’re doing (tak, to jedna piosenka!) kiwamy tylko głową myśląc “o, jak sprytnie poskładane”. W innych, jak w A Day in the Life zmiany są kosmetyczne, tam największą zaletą będzie możliwość posłuchania znanej muzyki uczciwie zremasterowanej, po raz pierwszy w świetnej jakości i z drobnymi smaczkami tu i ówdzie. Natomiast takich mieszanek jak Tommorow never knows / Within You Without You słucha się z zachwytem – to powinno tak brzmieć od początku!
Ocenić Love niełatwo. Z jednej strony, nawet uwzględniając lepsze lub gorsze poszczególne kawałki, to płyta obiektywnie doskonała według najprostszego kryterium – słucha się jej z otwartymi ustami, wsiąkając w fotel na półtorej godziny. A później jeszcze wielokrotnie. Z drugiej strony, trudno jednoznacznie powiedzieć, w jakim stopniu jest to zasługą świetnego wyjściowego materiału, a nie wartością dodaną w procesie produkcji. W przeciwieństwie jednak do ciekawostek w stylu Anthology, Love płytą dla każdego – maniak znajdzie przyjemność w wyłapywaniu smaczków i identyfikacji poszczególnych ścinków, dla laika zaś to doskonałe wprowadzenie w fascynującą spuściznę po legendarnym zespole. W związku z tym, ode mnie pięć gwiazdek.
Ciekawych rzeczonego przedstawienia mogę jedynie wysłać do Las Vegas, ewentualnie zamieścić zajawkę:
A tak o płycie piszą recenzenci za granicą:







