Battlestar Galactica – muzyka z serialu


Serial Battlestar Galactica zbiera zasłużone laury telewizyjnego show nowej generacji, a kompozytor Bear McCreary robi co może, aby nadążyć za innowacyjnością obrazu. Efektem jest ścieżka dźwiękowa, jakiej w filmie science fiction jeszcze nie było. Lecz gdzie w ściśle użytkowym przecież gatunku muzyki ilustracyjnej leży granica między inwencją a udziwnianiem na siłę?

Battlestar Galactica - okładka

Pierwsze w ucho rzucają się kotły. Nie przeczuwamy wówczas nic wykraczającego poza przyzwyczajenia, kotły towarzyszą przecież majestatycznym kosmicznym statkom już od czasów Odysei Kosmicznej 2001. Szybko jednak okazuje się, że w sekcji perkusyjnej dominują raczej instrumenty, których próżno szukać w orkiestrze symfonicznej. Sceny akcji w Galactice najczęściej ilustrują hipnotyzujące rytmy rozmaitych bębnów zwanych umownie etnicznymi, zaś towarzysząca im melodia jest raczej szczątkowa. O dziwo, sprawdza się to zupełnie dobrze, dodając stechnicyzowanym kosmicznym starciom odrobiny pierwotnych emocji, które wibrujący rytm doskonale podkręca.

W ogóle cała ścieżka aż kipi od zapożyczeń z World Music wszystkich możliwych stron świata, co chyba wyłącznie w produkcji science fiction ma rację bytu. W każdym filmie osadzonym na Ziemi irlandzki folk poprzedzony arią operową na tle afrykańskich bębnów brzmiałby cokolwiek głupio – a w najlepszym wypadku nieco… postmodernistycznie? Tutaj kompozytor miał absolutnie wolną rękę. Efektem jest jedna z najbardziej eklektycznych płyt z muzyką filmową, jakie miałem okazję przesłuchać. Niestety, eklektyczność przekracza często granice niespójności. Jedyną klamrą spinającą całość jest wspomniana już bogata oprawa rytmiczna utworów, która brzmi podobnie niezależnie od tego, czy melodie wygrywają akurat przesterowane gitary, czy irlandzki tin whistle. Co jakiś czas kompozytor zastanawia się, jakby tutaj nas jeszcze zbić z tropu, na przykład fortepianowym allegro, czy wspomnianą już operową arią. Jedyne, czego uparcie się wystrzega, to klasyczne w tym gatunku pompatyczne utwory na orkiestrę symfoniczną, zwykle w filmach sf obowiązkowe, tutaj występujące w szczątkowej formie.

McCreary robi co może, aby słuchacz docenił jego innowacyjne podejście do rzemieślniczego w gruncie rzeczy zadania, i osiąga swój cel – muzyka w serialu zwraca uwagę od pierwszego odcinka. Płaci za to utratą pewnych walorów, jakimi standardowa muzyka ilustracyjna sie charakteryzuje – brakuje na przykład wpadającego w ucho głównego motywu. Próżno też szukać fraz charakterystycznych dla poszczególnych postaci lub scenerii. Po oddzieleniu od obrazu i zamieszczeniu na płycie wychodzi z niej brak spójności, zamiast muzycznego albumu przypomina trochę ipoda z włączoną funkcją shuffle. Słychać mnóstwo wyobraźni, odważną zabawę konwencjami, nieco taniego efekciarstwa. Sporo utworów przelatuje przez głowę bez większych emocji, dosłownie kilka zaś ociera się o geniusz. Wiele z nich po prostu zapada w pamięć, lecz nie chwytliwym motywem, raczej szczególną atmosferą, osiągniętą przez umiejętne mieszanie pozornie sprzecznych składników.

To dobra muzyka i dobra ilustracja do obrazu. Te dwie, najczęściej sprzeczne funkcje rzadko udaje się filmowym kompozytorom pogodzić. Chociażby dlatego więc, pomimo zastrzeżeń, cztery gwiazdki – za solidną, rzemieślniczą robotę popartą szczyptą twórczego szaleństwa.

Dla porządku przypomnę jeszcze, że dostępne są dwie płyty z dwóch wyemitowanych sezonów serialu, a także osobna ścieżka dźwiękowa z pilota, znanego także jako miniseries, ta ostatnia autorstwa innego kompozytora.

Odpowiedzi: 2 do “Battlestar Galactica – muzyka z serialu”

  1. dave mówi:

    Bardzo mi się podoba ściezka dźwiękowa z BG, ma w sobie coś niespotykanego i wciagającego…

    Zapraszam na forum muzyczne

  2. mrblack mówi:

    Muzyka z trzeciego sezonu po prostu miażdzy! Do zassania na torrencie. P O L E C A M ! ! !

Dodaj komentarz