Po dekadzie dominacji na rockowej scenie po zespole Led Zeppelin pozostała doskonała muzyka i trzy czwarte oryginalnego składu. Wszyscy trzej byli członkowie podjęli dalszą karierę solową. Rezultaty były właśnie takie, jakby podzielić talent grupy na cztery. Źle? A skąd. Talentu każdego z byłych członków zespołu starczyłoby na obdzielenie niejednego dobrego, nowego projektu muzycznego. Spośród nich, oto mój ulubiony.
Omawiany album nagrali w 1993 roku gitarzysta wszechczasów Jimmy Page, i inna wielka gwiazda rocka, David Coverdale z Whitesnake’a, znany też ze współpracy z Deep Purple. Czego możemy się po nich spodziewać? Niestety, nie powrotu Led Zeppelin.. i dobrze! Naśladownictwo prowadzi do porównań, które nigdy nie wypadną na korzyść imitatorów. Na tej płycie skutecznie ucina je zetknięcie z wokalem Davida. Jego zachrypnięty sznapsbaryton ma się nijak do niepowtarzalnego falsetu Planta. Tym niemniej możliwości wokalisty, który przecież w momencie wydania płyty był już gwiazdą porównywalnego formatu, imponują.
Drugi z sygnatorów tego dzieła, Jimmy Page, wspiera potężny głos Davida równie potężną gitarą. I nie mówię tu tylko o technicznym, poziomie gry – gitara jest po prostu mocno przesterowana, używana w głośnych, mocno akcentowanych, czasem niemal metalowych riffach. Razem z charakterystycznym wokalem i nieskomplikowaną sekcją rytmiczną sprawia czadowe, bardzo hardrockowe wrażenie. Zarazem pełno tu granych na czysto, lecz szybkich i dynamicznych wstawek – te już akurat znamy bardzo dobrze, lecz razem z pozostałymi elementami dają świetny rezultat. Wśród utworów dominują kawałki szybkie i energetyczne. Znajdzie się jednak miejsce na majestatycznie brzmiącą balladę, nieodłączne w twórczości Page’a elementy bluesa czy rock’n rolla.
Ciężkie środki wyrazu użyte w podręcznikowo rockowym repertuarze, smakowicie przyprawione sosem ze “sterowca”. Punkowa energia plus maestria wykonania przez duet kultowych artystów. Co tu dużo mówić – wśród wszystkich postzeppelinowych produkcji to prawdziwa perełka. Naprawdę polecam tą płytę, zarówno fanom Led Zeppelin, jak i po prostu miłośnikom rocka na najwyższym poziomie ( na jedno wychodzi… ). A o solowych karierach członków Led Zeppelin pewnie jeszcze napiszę nie raz, bo wciąż to kopalnia dobrej muzyki z sentymentalnym smaczkiem.








18 styczeń 2007 o 0:38 |
Tak, Zeppeliny to kopalnia bez dna! Mój ulubiony zespół! Dzięki za odwiedziny, do nastepnego. pOZ:Drawiam!