Powiedzmy to wprost: to nie był dobry singiel. Piosenka została napisana w kilka minut, w studiu, na kolanie niemal, jako zapchajdziura do kompletnego już albumu War Pigs. Miała za to szybkie tempo, chwytliwy tekst i była łatwa o odbiorze. Wkrótce po jej sukcesie wydano drugi w dyskografii Black Sabbath album, szybką decyzją marketingowców przemianowany na Paranoid właśnie, ugruntowujący pozycję zespołu jako wschodzącej gwiazdy ciężkiego grania.
Ale mniejsza o singiel, który mimo wszystko jest całkiem niezłym kawałkiem, skoro cały album jest ciekawy, przemyślany, i warty uwagi. W warstwie tekstowej uderza co prawda łopatologicznie wyraźne, antywojenne przesłanie. Utwory takie jak War Pigs, czy Electric funeral mówią jednoznacznie o samozagładzie ludzkości i wojnie jako takiej. Cóż, w latach 70-tych ludzie wciąż jeszcze bali się perspektywy atomowego końca świata, więc temat był chwytliwy, a i tocząca się wojna w Wietnamie robiła swoje. Teksty te z jednej strony robią wrażenie, z drugiej rażą dosłownością. Oryginalną perełką jest jedynie mroczna historia szalonego podróżnika w czasie z utworu Iron Man
Kompozycja i aranżacja utworów stoi na bardzo wysokim poziomie, co zresztą w Sabbacie dziwić nie powinno. Charakterystyczne dla grupy proste i mocno przesterowane riffy gitarowe i basowe przeplatają się czasem z bardziej melodyjnymi wstawkami. Zdecydowanie mniej niż na poprzednim albumie jest tu bluesowych inspiracji, zanikną niemal zupełnie na następnych krążkach, a szkoda. Zespół powstrzymał też nieco swoje zapędy do improwizacji i instrumentalnych dłużyzn, co znacznie ułatwiło odbiór, spłycając jednak nieco muzyczne wyrafinowanie. A może właśnie kondensując środki wyrazu na tym, co naprawdę istotne? Rzecz gustu. Mi w każdym razie popisów świetnych przecież instrumentalistów Sabbathu trochę brakuje.
Paranoid to solidna robota, w ciężkim klimacie, z solidnymi tekstami, doskonała w wykonaniu i łatwa w odbiorze. Po niespójnym jeszcze nieco debiucie ta płyta na dobre otwiera klasyczny okres w twórczości zespołu, z wykrystalizowanym już brzmieniem. Spokojnie można od niej zacząć zapoznawanie się z Sabbathem. Uważający się za fanów szeroko pojętego metalu mają nawet taki obowiązek, ten zespół to przecież jeden z ojców-założycieli gatunku. Dla wszystkich pozostałych niezobowiązująca rekomendacja – kto posłucha, nie pożałuje.
Do obejrzenia – koncertowa wersja Paranoid z 1970 roku, poprzedzona nagraniem z za kulis, w którym Ozzy czyści zęby miotłą, a wszyscy ogólnie zachowują się głupawo.
I z zapowiedzi na przyszłość – obiecuję, że w najbliższej notce (czyli pewnie w przyszłym tygodniu), a potem jeszcze przez jakiś czas nie będzie już nic na temat Black Sabbath…







