Helicopters – jak John Porter nauczył nas grać rocka


To w zasadzie niewesoło z punktu widzenia muzyka, jeśli jego najlepszą płytą po prawie trzydziestu latach kariery pozostaje ta pierwsza. Słuchaczom, zakładając, że to dobry album nie tylko względem pozostałych, na szczęście wszystko jedno. A w czasach gdy Anita Lipnicka na stojąco pod stół wchodziła, John Porter z zespołem nagrał być może najlepszy krążek w historii polskiego (?) rocka.

Porter Band - Helicopters Proponuję przeprowadzić następujący eksperyment. Rekwizytem będzie płyta Helicopters Porter Bandu (do kupienia w zawstydzającej piratów cenie mniej więcej dwudziestu złotych). Zapoznajemy z nią nieświadomy obiekt badań i zadajemy pytanie: gdzie i kiedy, jego zdaniem, powstał ten album?

Odpowiedź może starczyć za całą recenzję. Ten krążek z osiemdziesiątego roku brzmi dziś równie świeżo i nowocześnie, co dokonania współczesnych noworockowych artystów, zaś polskich rockmenów z początku XXI wieku po prostu zawstydza. A w swoim czasie, gdy polska muzyka dopiero wygrzebywała się z okresu błędów i wypaczeń w kierunku rockowej rewolucji lat osiemdziesiątych, Helicopters były objawieniem i drogowskazem dla całego gatunku.

Kto zna Portera wyłącznie z balladek śpiewanych z Lipnicką, tego zaszokuje energia tej płyty. To jest czysty rock w porcji na granicy przedawkowania. Muzycy nie popisują się instrumentalną wirtuozerią, wokal pozostawia nieco do życzenia, surowa garażowa stylistyka nie każdemu przypadnie do gustu… cóż z tego, skoro muzyka broni się tym, co ostatecznie w rocku najważniejsze – emocjami. To nie jest płyta na spokojną sesję w fotelu ze słuchawkami na uszach, prędzej na godzinne wygłupy z air guitar

A żeby było śmieszniej, to wbrew pozorom dość spokojny krążek, przynajmniej jeśli chodzi o tempo i aranżacje! Niesamowite, że tak porywającą energię muzycy wyzwolili dość ograniczonymi, subtelnymi nawet środkami. Nie ma tutaj żadnego monumentalizmu, burzących ściany power chords, pięciominutowych solówek. Jest za to kawał dobrej kompozytorskiej roboty, zaaranżowanej dość kameralnie na tradycyjne rockowe instrumentarium, nawet bez zbędnych przesterów. Jest wreszcie nie najlepszy technicznie, miejscami nawet irytujący, ale szczery i pełen zaangażowania wokal Portera. Wszystko to perfekcyjnie składa się na efekt o klasę lepszy, niż wskazywałaby na to suma użytych środków.

Smutne, że płyta jednocześnie tak dobra, jak i ważna historycznie dla polskiej muzyki jest dziś najwyraźniej niedoceniana. Zasługuje co najmniej na porządny remastering, a najlepiej klasyczną Anniversary Edition, z niepublikowanymi utworami i wywiadem, w błyszczącym digipaku. Tak udany mariaż punkowej energii i emocji z kompozycyjną złożonością i muzycznym profesjonalizmem rodem z progresywnego rocka zdarza się tylko raz.

Jedna odpowiedź do “Helicopters – jak John Porter nauczył nas grać rocka”

  1. LzP mówi:

    Świetna recenzja, do płyty zaprowadziło mnie linkowanie po wikipedii, ostatecznie Twoja strona wypadła w google jako wysoko postawiona przy zestawie słów: “helicopters porter recenzja”. Dzięki, dobrze wiedzieć co było git ale w opinii empirycznej fana muzyki :) Pozdrawiam

Dodaj komentarz