Historię wydanego, nie wydanego, względnie wydawanego chwilowo (nie)legalnego nagrania koncertu The Beatles z Hamburga dedykuję wszystkim widzącym świat na czarno-biało, i dzielących muzykę na legalną oraz kradzioną. Rzeczone nagranie natomiast – badaczom muzycznych ciekawostek do zbadania, ultrafanom każdego dźwięku wydanego przez każdego Beatlesa do adoracji, kolekcjonerom do przepłacenia. Wszystkim pozostałym – do ściągnięcia z sieci z czystym sumieniem, i przesłuchania. Raz. Może dwa.
Impreza za ścianą – o zawartości

W zasadzie nazwanie tej płytki (lub dwóch płytek) albumem koncertowym to nadużycie. Chodzi w istocie o amatorskie nagranie z hałaśliwej potańcówki, na marnej klasy magnetofonie, wykonane prywatnie przez jednego faceta, któremu potem przyszło do głowy, żeby na tym zarobić. Żaden fachowiec od obróbki dźwięku cudów tutaj nie zdziała. Technicznie więc płytka brzmi mniej więcej tak, jakby słuchać odgłosów imprezy u sąsiadów dwa piętra wyżej. Z pewnością słychać wyraźnie, że impreza jest udana, ale z naszego punktu słyszenia trudno bawić się równie dobrze, jak goście.
Beatlesi grają tam, w zależności od wersji, około trzydziestu kawałków. Głównie są to covery ówczesnych imprezowych standardów, z których część pojawiła się później na oficjalnych płytach lub na innych bootlegach. Jest też kilka oryginalnych, wczesnych wersji ich własnych utworów. Z pewnością po energetycznych wykonaniach i żywych reakcjach publiczności słychać, że już wtedy usłyszenie The Beatles na żywo musiało być świetnym przeżyciem.
Wyższość grudnia nad czerwcem – o wydaniu
Problem sprowadza się odpowiedzi na fundamentalne pytanie, od którego zależy moralny status słuchacza: wiosna czy zima? A ściślej: czy nagrano ten koncert zanim The Beatles podpisali cyrograf, przekazujący wszelkie prawa do spowodowanych przez nich drgań cząsteczek powietrza wytwórni EMI. Dziś wiadomo raczej, że w grudniu. A więc po. Czyli słuchacz jest złodziejem, a o zbrodniach wydawcy to już lepiej nie wspominać.
Niejaką konsternację może wzbudzić fakt, że wśród owych wydawców znajdziemy np. Sony Music. Co prawda nakład tego wydania wycofano natychmiast po wniesieniu stosownego pozwu sądowego, co nie przeszkadza krytykom doktrynerskiego podejścia Sony do własnych praw autorskich z lubością tę historię wytykać. A oprócz Sony koncert ten w różnych długościach i konfiguracjach bywał wydawany jeszcze przez kilka innych, mniejszych firemek. Spośród nich pierwszeństwo ma amerykański label Lingasong, który zainwestował poważną gotówkę w próbę profesjonalnego remasteringu oryginalnych taśm. W 1977 roku album ukazuje się więc po raz pierwszy w oficjalnym obiegu, z fałszywą datą na okładce, dla ochrony przed ewentualnym procesem.
Podżeganie do popełnienia przestępstwa, czyli wnioski
Czy warto spróbować zdobyć którąś z wersji tego nagrania, biorąc pod uwagę ich krótki cykl życiowy “do wniesienia pierwszego pozwu”? Raczej nie. Jakość koncertu po prostu nie kwalifikuje go do wydania na niego pieniędzy, zaś jego treść ma wartość bardziej dokumentalną, niż muzyczną. Dlatego, jeśli nie należysz do którejś z kategorii wspomnianych we wstępie, ściągnij sobie spokojnie ten koncert z sieci. Moralistom spieszę przypomnieć, że właściciele praw autorskich dostaną za to dokładnie tyle samo pieniędzy, co gdybyście kupili któryś z “oryginałów”. Nadmienię jeszcze, że wspomnianym właścicielem jest ostatnio Michael Jackson.
Mimo szczerych chęci nie wstawię z tego koncertu żadnego klipu… zamiast tego – fajny zestaw zdjęć zespołu z tego okresu. W tle kawałek z innego nieoficjalnego wydawnictwa. Zwraca uwagę mocno odmienny od przyjętego później “garniturowego” wizerunku zespołu!








8 marzec 2007 o 16:52 |
Ściągam więc z sieci.
Z bootlegami zawsze są związane najciekawsze historie około-fonograficzne.
8 marzec 2007 o 17:01 |
Ściągaj, bootlegów nigdy dosyć
Tych beatlesowskich jeszcze trochę zostało, razem z historiami.
15 marzec 2009 o 14:14 |
Przykro słuchać i czytać takie słowa. To opis pełen anty The Beatles, a nie o to chodzi w tym wszystkim. Nie jestem zagorzałym fanem TB, ale lubię ich muzykę, lubię wszelkiego rodzaju teksty na ich temat, zbieram ciekawostki. Jednak z takim tekstem spotykam się 1 raz. I na koniec: żałuję ze tu byłem. Pozdrawiam.
15 maj 2009 o 23:54 |
Pewnie jeszcze wielu rzeczy o sobie nie wiem… ale anty-The Beatles? Szkoda, że nie napisałeś, z czego ma to wynikać. Więc mogę jedynie pozdrowić.