The Beatles z szarej strefy – Live at the Star-Club, Hamburg, 1962

7 marzec 2007

Historię wydanego, nie wydanego, względnie wydawanego chwilowo (nie)legalnego nagrania koncertu The Beatles z Hamburga dedykuję wszystkim widzącym świat na czarno-biało, i dzielących muzykę na legalną oraz kradzioną. Rzeczone nagranie natomiast – badaczom muzycznych ciekawostek do zbadania, ultrafanom każdego dźwięku wydanego przez każdego Beatlesa do adoracji, kolekcjonerom do przepłacenia. Wszystkim pozostałym – do ściągnięcia z sieci z czystym sumieniem, i przesłuchania. Raz. Może dwa.

Impreza za ścianą – o zawartości

Starclub - Live in Hamburg, 1962

W zasadzie nazwanie tej płytki (lub dwóch płytek) albumem koncertowym to nadużycie. Chodzi w istocie o amatorskie nagranie z hałaśliwej potańcówki, na marnej klasy magnetofonie, wykonane prywatnie przez jednego faceta, któremu potem przyszło do głowy, żeby na tym zarobić. Żaden fachowiec od obróbki dźwięku cudów tutaj nie zdziała. Technicznie więc płytka brzmi mniej więcej tak, jakby słuchać odgłosów imprezy u sąsiadów dwa piętra wyżej. Z pewnością słychać wyraźnie, że impreza jest udana, ale z naszego punktu słyszenia trudno bawić się równie dobrze, jak goście.

Beatlesi grają tam, w zależności od wersji, około trzydziestu kawałków. Głównie są to covery ówczesnych imprezowych standardów, z których część pojawiła się później na oficjalnych płytach lub na innych bootlegach. Jest też kilka oryginalnych, wczesnych wersji ich własnych utworów. Z pewnością po energetycznych wykonaniach i żywych reakcjach publiczności słychać, że już wtedy usłyszenie The Beatles na żywo musiało być świetnym przeżyciem.

Wyższość grudnia nad czerwcem – o wydaniu

Okładka innego wydania Problem sprowadza się odpowiedzi na fundamentalne pytanie, od którego zależy moralny status słuchacza: wiosna czy zima? A ściślej: czy nagrano ten koncert zanim The Beatles podpisali cyrograf, przekazujący wszelkie prawa do spowodowanych przez nich drgań cząsteczek powietrza wytwórni EMI. Dziś wiadomo raczej, że w grudniu. A więc po. Czyli słuchacz jest złodziejem, a o zbrodniach wydawcy to już lepiej nie wspominać.

Niejaką konsternację może wzbudzić fakt, że wśród owych wydawców znajdziemy np. Sony Music. Co prawda nakład tego wydania wycofano natychmiast po wniesieniu stosownego pozwu sądowego, co nie przeszkadza krytykom doktrynerskiego podejścia Sony do własnych praw autorskich z lubością tę historię wytykać. A oprócz Sony koncert ten w różnych długościach i konfiguracjach bywał wydawany jeszcze przez kilka innych, mniejszych firemek. Spośród nich pierwszeństwo ma amerykański label Lingasong, który zainwestował poważną gotówkę w próbę profesjonalnego remasteringu oryginalnych taśm. W 1977 roku album ukazuje się więc po raz pierwszy w oficjalnym obiegu, z fałszywą datą na okładce, dla ochrony przed ewentualnym procesem.

Podżeganie do popełnienia przestępstwa, czyli wnioski

Czy warto spróbować zdobyć którąś z wersji tego nagrania, biorąc pod uwagę ich krótki cykl życiowy “do wniesienia pierwszego pozwu”? Raczej nie. Jakość koncertu po prostu nie kwalifikuje go do wydania na niego pieniędzy, zaś jego treść ma wartość bardziej dokumentalną, niż muzyczną. Dlatego, jeśli nie należysz do którejś z kategorii wspomnianych we wstępie, ściągnij sobie spokojnie ten koncert z sieci. Moralistom spieszę przypomnieć, że właściciele praw autorskich dostaną za to dokładnie tyle samo pieniędzy, co gdybyście kupili któryś z “oryginałów”. Nadmienię jeszcze, że wspomnianym właścicielem jest ostatnio Michael Jackson.

Mimo szczerych chęci nie wstawię z tego koncertu żadnego klipu… zamiast tego – fajny zestaw zdjęć zespołu z tego okresu. W tle kawałek z innego nieoficjalnego wydawnictwa. Zwraca uwagę mocno odmienny od przyjętego później “garniturowego” wizerunku zespołu!


And a song about love – historia jednej piosenki

3 luty 2007

“The Lions Sleep Tonight”, przypomniany ostatnio na blogu Robweillera, to uroczy utworek rodem z Południowej Afryki, o ciekawej historii i dziesiątkach coverów. Co to ma do rzeczy? Głównie to, że czytając notkę na jego temat przypomniałem sobie o człowieku, który sprowadził ten kawałek do USA. A potem o innym przykładzie jego piosenki, która zrobiła furorę, lecz dopiero w cudzych wykonaniach i innym kontekście, a o czym mało kto dziś pamięta.

Ale po kolei. Wracając do wspomnianych “Lwów”, najprawdopodobniej znacie ten kawałek w wykonaniu The Tokens, do dzisiaj spotykanym w radiu od czasu do czasu. Ewentualnie ze ścieżki dźwiękowej do disneyowskiego Króla Lwa. Lecz jego pierwszym anglojęzycznym wykonawcą była folkowa grupa The Weavers.

Peter Seeger Ich liderem był Peter Seeger, modelowy wręcz przykład zaangażowanego barda z gitarą, postać dla folku tak ikoniczna, jak kontrowersyjna. Wzorem dla niego był legendarny Woody Guthrie, zaś od inspiracji jego stylem zaczynał karierę Bob Dylan. Muzyka Seegera charakteryzowała się swobodą w zapożyczaniu ludowych motywów, nie tylko amerykańskich (jego ojciec był muzykologiem interesującym się muzyką spoza zachodniego kręgu kulturowego). Tekstowo natomiast Seeger był przykładem śpiewającego lewicowego (czasem lewackiego…) aktywisty, zgodnie zresztą z linią całego gatunku. Przejawem jego zainteresowania muzyką świata jest właśnie ów kawałek o lwach, który w jego wykonaniu (i paru innych), z cudnie swingującą orkiestrą w tle, możecie przesłuchać tutaj. Zaangażowaną politycznie część jego twórczości uosabia znane do dziś powszechnie “We shall overcome”. A także pierwsza piosenka The Weavers z 1949 roku – “If I had a hammer”.

Tekst tego kawałka jest nieskomplikowany, patetyczny do granic możliwości i amerykański do bólu – traktuje o deficycie wolności, sprawiedliwości i miłości, aż do granicy mdłości… której na szczęście nie przekracza. Ta łopatologia niebezpiecznie zbliża go do kiczu, moim zdaniem jednak zachowuje on atut genialnej prostoty. Jest też na tyle uniwersalny, aby nie odejść w niepamięć po skompromitowaniu wartości, jakie przyświecały wówczas autorowi (Seeger był wtedy członkiem amerykańskiej partii komunistycznej…).

Cały problem w tym, że lata pięćdziesiąte to nie był dobry czas na piosenki o wolności, w wykonaniu zdeklarowanego lewaka. The Weavers, zamiast na listy przebojów, trafili więc na indeks. Jak sam Seeger wspomina, wówczas o wolności, sprawiedliwości i pokoju śpiewali wyłącznie lewicowi aktywiści, dla których w erze McCarthyzmu nie było miejsca w oficjalnym obiegu. Dlatego dziś oryginalne wykonanie utworu jest kolekcjonerskim rarytasem.

Trzeba było dziesięciu lat, aby piosenkę z niebytu wydobyła grupa Peter, Paul and Mary, znana zresztą z wielu innych coverów folkowych utworów. Wówczas, w zupełnie innym już politycznym klimacie, kawałek błyskawicznie awansował na jeden z hymnów ruchu praw obywatelskich, razem z piosenkami Dylana i innych. A potem już kolejne wykonania w rozmaitych aranżacjach trudno policzyć.

Tekst utworu do poczytania tutaj.

A na koniec utwór do obejrzenia, w miksie rozmaitych wersji. W międzyczasie wypowiada się współautor, Lee Hays. A następnie już w całości to najsłynniejsze wykonanie – Peter, Paul and Mary, plus komentarz samego Seegera.