Whoaaa! Masterful Mystery Tour!

10 maj 2009

Swego czasu wspominałem o zadziwiająco sprawnym muzycznie, choć raczej niepoważnym w założeniach zespole Beatallica, wówczas świeżo po udostępnieniu w sieci dwóch świetnych „albumów” demo. Dziś zespół wydał oficjalną płytę, nagrywa materiał na kolejną i z powodzeniem koncertuje – niedawno po raz drugi w Polsce.  Popowe klasyki zagrane z rockową energią i głosem bardziej podobnym do Jamesa Hetfielda, niż posiada James Hetfield we własnej osobie brzmią coraz lepiej, ale czy pomysł wydający się w sam raz na skecz kabaretowy może pociągnąć karierę całego zespołu?

A garage dayz nite!

Przepis wydaje się banalnie prosty: znane powszechnie owoce melodycznego geniuszu The Beatles, zagrane tak, że trudno uwierzyć, że to nie autentyczny skład Metalliki tak się zabawia po godzinach, i teksty będące mniej lub bardziej absurdalną mieszanką twórczości jednych i drugich („Everybody’s got a ticket to ride, except for me and my lighting…”). Z czego z kolei wynika, że jeśli oba zespoły znacie raczej ze słyszenia niż słuchania, to na Beatallikę zareagujecie obojętnie, a w tej chwili powinniście nadrabiać zaległości ze znajomości klasyki.

U bardziej zorientowanych w osiągnięciach swoich słynnych poprzedników Beatallica wywołuje przy pierwszym kontakcie napady histerycznej radości, a przez następne kilka dni banana na twarzy i natrętne nucenie pod nosem. Tyle można sobie zafundować zupełnie za darmo, ściągając darmowe EP „Beatallica” i „A Garage Dayz Nite”. I wystarczy?

The thing that should not let it be?

Skecz kabaretowy można obejrzeć raz. Naprawdę dobry śmieszy jeszcze kilkakrotnie. Beatallica jest dobra. Będzie więc cieszyć w odtwarzaczu po raz drugi, piąty i dziesiąty pewnie również. A kiedy przestanie być śmieszna, pozostanie jako niezwykle sprawna rockowa aranżacja doskonałych melodii – te piosenki kompetentnie zagrane nie mają prawa się nie "Lennon" z zespołu na koncercie w Warszawiepodobać!

Na żywo jest jeszcze lepiej. Miałem przyjemność obejrzeć ich niedawny koncert w warszawskiej Progresji. Świetny kontakt z publicznością, prześmiewcze beatlesowskie stroje w zestawieniu z absurdalną dekoracją ze styropianowych krzyży a’la Master of Puppets (w końcu to Masterful Mystery Tour…), brzmienie bez zarzutu. I choć publiczność, niestety, nie dopisała, co można zrzucić częściowo na karb dość drogich biletów, niefortunnego terminu w środku poświątecznego tygodnia  i żałoby narodowej, to ci, którzy się zjawili, wyraźnie bawili się doskonale.

Ale dwa razy się zastanowię, czy polecić kupno płyty. Bo wyszła w momencie, gdy materiał dostępny za darmo w sieci zdążył się już osłuchać. Nowe kawałki cieszą, ale trudno nie zauważyć, że przepis na miks dwóch odległych muzycznych światów jest wciąż ten sam. Co gorsza, aranżacje na materiale demo brzmiały moim zdaniem lepiej, choć jakość nagrania i produkcji poprawiła się oczywiście. Ale co to za „Hey dude” bez dźwięku otwieranej puszki we wstępie…

The rivers run red with blood of poseurs…

I tak powraca pytanie ze wstępu. Czy jeden, choćby genialny pomysł może zbudować karierę całego zespołu? Beatallica broni się najpierw absurdalnym humorem, później wybornym wykonaniem ponadczasowej muzyki, którą trudno zepsuć nawet grając ją po pijaku na weselnym syntezatorze. Mam jednak świadomość, że patrzę na nią z perspektywy fana The Beatles i Metalliki zarazem.

Tak więc, bez zastanowienia ściągnijcie demo – to nic nie kosztuje. Szczerze polecam też zobaczenie chłopaków na żywo, jeśli zawitają do Polski po raz kolejny. Krążek „Sgt. Hetfield’s Motorbreath Pub Band” oraz epkę „All you need is blood” rekomenduję już ostrożniej, tylko jeśli demo spodobało się wam tak samo, jak mi.  A prawdziwym testem dla grupy będzie zapowiadana na po wakacjach kolejna płyta. Ja kupię ją z pewnością, ale nie wiem, czy rozwieje, czy potwierdzi moje wątpliwości co do nośności założenia, na którym Beatallica się opiera?

Reprise!

A na koniec: czy jeśli cieszy was sama idea metalowej aranżacji dobrego popu, to czy tylko z Beatalliką warto się zapoznać? Sam pomysł jest w końcu na tyle banalny, że w oczywisty sposób nie oni pierwsi na niego wpadli. Poszukajcie chociażby płyty „A metal tribute to ABBA”, na której można usłyszeć np. Therion grający „Thank you for the music”. Już w czasach największej popularności The Beatles niezłe jaja robił z nich genialny Frank Zappa. Powermetalowy Blind Guardian nagrywa rewelacyjne covery legendarnych Beach Boys, z absurdalnie trashowo brzmiącym “Surfin’ USA” na czele. Z pewnością takich perełek można znaleźć więcej.

Prawna łyżka dziegciu

Oczywiście, można się było spodziewać, że sukces Beatalliki ściągnie na nich gniew właścicieli praw autorskich do oryginalnych wersji utworów, z których posklejali swój repertuar. Na szczęście w tym wypadku muzycy z Metalliki wykazali się rozsądkiem i nie tylko zapowiedzieli, że nie zamierzają utrudniać życia swoim naśladowcom, ale nawet zaproponowali pomoc swoich prawników w ewentualnym sporze z właścicielami praw autorskich do utworów The Beatles, dzięki czemu udało się wydanie oficjalnej płyty.

Tym niemniej, jest moim zdaniem skandaliczne, że w ogóle ktokolwiek musiał się na cokolwiek zgadzać. Twórczość Beatalliki w oczywisty sposób wykorzystuje prawo do tworzenia pastiszu i parodii, od dawna uznane w cywilizowanym prawie autorskim. Niestety, jak widać taka interpretacja w muzyce nie obowiązuje, dzięki czemu niejedno genialne dzieło, jak np. cthulthystyczny musical “Shoggoth na dachu” nie trafi legalnie do szerokiej publiczności. Walcząc z piractwem nie wylewajmy dziecka z kąpielą!


The Beatles z szarej strefy – Live at the Star-Club, Hamburg, 1962

7 marzec 2007

Historię wydanego, nie wydanego, względnie wydawanego chwilowo (nie)legalnego nagrania koncertu The Beatles z Hamburga dedykuję wszystkim widzącym świat na czarno-biało, i dzielących muzykę na legalną oraz kradzioną. Rzeczone nagranie natomiast – badaczom muzycznych ciekawostek do zbadania, ultrafanom każdego dźwięku wydanego przez każdego Beatlesa do adoracji, kolekcjonerom do przepłacenia. Wszystkim pozostałym – do ściągnięcia z sieci z czystym sumieniem, i przesłuchania. Raz. Może dwa.

Impreza za ścianą – o zawartości

Starclub - Live in Hamburg, 1962

W zasadzie nazwanie tej płytki (lub dwóch płytek) albumem koncertowym to nadużycie. Chodzi w istocie o amatorskie nagranie z hałaśliwej potańcówki, na marnej klasy magnetofonie, wykonane prywatnie przez jednego faceta, któremu potem przyszło do głowy, żeby na tym zarobić. Żaden fachowiec od obróbki dźwięku cudów tutaj nie zdziała. Technicznie więc płytka brzmi mniej więcej tak, jakby słuchać odgłosów imprezy u sąsiadów dwa piętra wyżej. Z pewnością słychać wyraźnie, że impreza jest udana, ale z naszego punktu słyszenia trudno bawić się równie dobrze, jak goście.

Beatlesi grają tam, w zależności od wersji, około trzydziestu kawałków. Głównie są to covery ówczesnych imprezowych standardów, z których część pojawiła się później na oficjalnych płytach lub na innych bootlegach. Jest też kilka oryginalnych, wczesnych wersji ich własnych utworów. Z pewnością po energetycznych wykonaniach i żywych reakcjach publiczności słychać, że już wtedy usłyszenie The Beatles na żywo musiało być świetnym przeżyciem.

Wyższość grudnia nad czerwcem – o wydaniu

Okładka innego wydania Problem sprowadza się odpowiedzi na fundamentalne pytanie, od którego zależy moralny status słuchacza: wiosna czy zima? A ściślej: czy nagrano ten koncert zanim The Beatles podpisali cyrograf, przekazujący wszelkie prawa do spowodowanych przez nich drgań cząsteczek powietrza wytwórni EMI. Dziś wiadomo raczej, że w grudniu. A więc po. Czyli słuchacz jest złodziejem, a o zbrodniach wydawcy to już lepiej nie wspominać.

Niejaką konsternację może wzbudzić fakt, że wśród owych wydawców znajdziemy np. Sony Music. Co prawda nakład tego wydania wycofano natychmiast po wniesieniu stosownego pozwu sądowego, co nie przeszkadza krytykom doktrynerskiego podejścia Sony do własnych praw autorskich z lubością tę historię wytykać. A oprócz Sony koncert ten w różnych długościach i konfiguracjach bywał wydawany jeszcze przez kilka innych, mniejszych firemek. Spośród nich pierwszeństwo ma amerykański label Lingasong, który zainwestował poważną gotówkę w próbę profesjonalnego remasteringu oryginalnych taśm. W 1977 roku album ukazuje się więc po raz pierwszy w oficjalnym obiegu, z fałszywą datą na okładce, dla ochrony przed ewentualnym procesem.

Podżeganie do popełnienia przestępstwa, czyli wnioski

Czy warto spróbować zdobyć którąś z wersji tego nagrania, biorąc pod uwagę ich krótki cykl życiowy “do wniesienia pierwszego pozwu”? Raczej nie. Jakość koncertu po prostu nie kwalifikuje go do wydania na niego pieniędzy, zaś jego treść ma wartość bardziej dokumentalną, niż muzyczną. Dlatego, jeśli nie należysz do którejś z kategorii wspomnianych we wstępie, ściągnij sobie spokojnie ten koncert z sieci. Moralistom spieszę przypomnieć, że właściciele praw autorskich dostaną za to dokładnie tyle samo pieniędzy, co gdybyście kupili któryś z “oryginałów”. Nadmienię jeszcze, że wspomnianym właścicielem jest ostatnio Michael Jackson.

Mimo szczerych chęci nie wstawię z tego koncertu żadnego klipu… zamiast tego – fajny zestaw zdjęć zespołu z tego okresu. W tle kawałek z innego nieoficjalnego wydawnictwa. Zwraca uwagę mocno odmienny od przyjętego później “garniturowego” wizerunku zespołu!